_Blog gumiak
królestwo za optymistę...!! 2010-03-09

Nie wiem jak to działa. Nie wiem skąd to się bierze. Ale wszyscy mężczyźni, których ostatnio poznaję, z którymi zdarza mi się dłużej pogadać i którzy próbują się ze mną umówić, są koszmarnie marudni. Jakieś 70% tego, co mówią, to wyrazy niezadowolenia, rozczarowania albo przygnębienia. Nic im się nie podoba, albo nic nie podoba im się WYSTARCZAJĄCO. Większość przyzaje się do tego, że ma akurat (lub w ostatnim czasie miała) doła, czy wręcz depresję. Nie ważne, czy mówią o szkole, pracy, życu uczuciowym, rodzinie czy o obecnej imprezie- prawie nigdy nie używają określeń pozytywnych. Śmiech prawie im się nie zdarza. Podobnie jak żarty. Kiedy zaczynam się wygłupiać, to odwracają wzrok i starają się przywrócić mnie do porządku. Gdy ubiorę na siebie coś śmiesznego, to są zażenowani. Gdy głośno się śmieje, to rozglądają się wokół w popłochu i upominają mnie, żebym nie robiła tego tak głośno. Kiedy z nich zażartuję, to się obrażają. I wszyscy, jak jeden, sądzą, że oszukuję samą siebie, twierdząc, że znacznie mi weselej odkąd jestm singlem, bo nie mam nikogo, kto psułby mi humor.

Pewie dlatego podkochuję się jednocześie we wszystkich trzech optymistach z poczuciem humoru, których poznałam w ciągu ostatnich czterech lat... ;))


kobieco 2010-02-26

Czasami mam wrażenie, że urodziłam się, wychowałam, ciągle żyję i- umrę, w świecie kobiecym.

Życie. Porody, opieka nad dziećmi. Matki, babki, ciotki, kuzynki, siostry. Potem przekszkolanki i nauczycielki.

Choroby, śmierć- znowu matki, ciotki, siostry, kuzynki, wnuczki, a to wszystko w asyście pań (a jakże) pielęgniarek.

Chorym dziadkiem opiekowały się córki i synowe. Chorą babcią- córki, synowe i wnuczki.

Synowie i wnukowie zajęli się dopiero niesieniem trumny. Żaden z zięciów nawet nie przybył na pogrzeb.


Tak jakby życie i śmierć, to były sprawy wyłącznie babskie.

Dziś znowu mnie to uderzyło, gdy z siostrą, mamą i ciotką spotkałyśmy się w szpitalu. Mało mamy czasu dla siebie. Widujemy się ostatnio niemalże tylko w szpitalach. Każda urwała się z pracy, szkoły, zostawiała dzieciaki, lub ważne zajęcia i przybiegła do tego szpitala rozśmieszać, i pocieszać.
Żaden z poinformowanych mężczyzn- nie dotarł.

Wychowana w kobiecym kokonie ciepła, wsparcia, śmiechu, łez i plotek, kolorowego od ciuchów, przyjaźnie pachnącego przygotowywanym jedzeniem, świeżym praniem, oraz kosmetykami, mam w sobie ogromne poczucie bezpieczeństwa. Wiem, że jestem jedną z części wielkiej, solidarnej, rodzinnej, babskiej sieci wzajemnej pomocy.

Ale jaki w takim razie jest ICH świat? Świat tych nie uwzględnionych w historii mojego życia, a będących połową mojej rodziny??


ketonal, żarcie piasku i ostatnie minuty ;) 2010-02-24

No i skończyło się hulanie, bo i skończyła się kasa ;) Przehulałam ją- uwaga- na stomatologa ;) Ale ketonal działa,  a wkrótce nowy miesiąc. Wprawdzie znowu będę musiała oszczęśdnościowo żreć ziemniaki z Tesco z cebulą polane przeterminowaną kostka rosołową, ale tym razem dlatego, że... jadę do Hiszpanii, choć mnie nie stać ;) Będę chyba żreć piasek i popijać wodą z morza ;) Ale za to intensywnie szczerzyć ocalałe zęby i cieszyć się każdą minutą. Last- Minutą ;))


hulaj gumiak 2010-02-23

Zmęczona.
Po sesji, która trzymała mnie w ciągłej gotowości do udowadniania wszystkim swojej inteligencji, kompetencji i znajomości rzeczy mam ochotę sie odmóżdżyć i to też czynię ;)

Zaczęłam od powrotu do tańca, zakupów i imprezowania. Hulaj dusza, hulaj gumiak ;)


czytam książki 2010-02-15

Przeczytałam książkę "Oskar i pani Róża". Nawet jak o tym piszę, to dalej chce mi się ryczeć, ale i tak się cieszę, że to przeczytałam i nie ma w tym cienia masochizmu ani użalactwa.

Za sprawą tej ksiażki dotarło do mnie, że niepotrzebnie unikam czytania i oglądania rzeczy smutnych. Bo bycie smutnym wcale nie wyklucza bycia szczęśliwym. W jakimś przekronym sensie bycie bardziej smutnym może nas uczynić znacznie szczęśliwszymi, niż byliśmy, bo to ze sobą wcale nie koliduje.
Tylko trzeba uważać na te wszystkie masochizmy. Na dręczenie dla dręczenia. Na czerpanie satysfakcji z bycia nieszczęśliwym, bo to już jest perwersja, zboczenie użalactwo i coś godnego pożałowania, a nie naśladowania.

Czytałam też ostatnio książkę "Bez mojej zgody" i ta książka, choć napisana nieźle, byla dla mnie własnie niepotrzebnie masochistyczna. Podczas gdy "Oskar i pani Róża", choć podejmuje prawie identyczny temat, to książka która zmusza nas do płaczu tylko po to, byśmy poczuli się szczęśliwsi. Była cudowna, mam wrażenie, że każdy po jej przeczytaniu poczuje sie lepszy, spokojniejszy, mądrzejszy. Prowadzi nas za rękę do ciemnego pokoju naszej świadomości, ktorego panicznie się boimy i który codziennie omijamy. A potem zapala tam światło i oswaja potwory, które tam zamieszkują.


(Nie bez znaczenia jest fakt, że tę książkę polecił mi największy optymista i wróg użalactwa jakiego poznałam w ciągu ostatnich lat).


wynajem partnerów na wesela ;] 2010-02-14

Zauważyłam jakiś czas temu, że wobec prawdziwej eksplozji ślubów, coraz większa ilość singli z wyboru (czy z przypadku, ale nie zamierzających szukać kogoś na siłę), z powodu powszechnej nietolerancji dla ich stylu życia (te szepty za plecami, natarczywe pytania, dobre rady, wyrazy współczucia i próby swatania ich z kim popadnie) ucieka się do coraz dziwniejszych sztuczek, gdy przychodzi do imprez na których koniecznie należy pokazać się z parą.



Moja przyjaciółka kiedyś przez kilka dobrych tygodni umawiała się z jakimś nudnym, ortodoksyjnym katolikiem, po to tylko by go wykorzystać w tym celu. Mi samej zdarzyło mi się kiedyś, że w zamian za naprawienie mi kompa poszłam z kumplem na wesele jego siostry. Ubrałam się ślicznie, uśmiechałam się promiennie. Przez całą noc grzecznie z nim, jego wujkami i dziadkiem prezentowałam nabyte na licznych kursach umiejętności taneczne. Piłam wódkę za zdrowie państwa młodych, zachwycałam się pałętającymi się przy stołach dziećmi, rumieniłam się, uśmiechałam i nie zaprzeczałam słysząc natarczywe pytania babek i ciotek o mój rychły z tym kumplem ślub. uczestniczyłam w idiotycznych rozmowach, udając, że podzielam poglądy rozmówców, udawałam, że próbuję złapać welon, a po północy podziękowałam państwu młodym za cudowną zabawę. Kumpel miał przez dłuższy czas spokój, a ja doszłam do wniosku, że mogłabym to robić zawodowo.

To by było strasznie fajne i bardzo ułatwiające życie, gdyby za stosowną opłatą można było bezpiecznie wynająć kogoś inteligentnego, atrakcyjnego i w pełni profesjonalnego, kto z wdziękiem i bez fochów umiałby odegrać powierzoną mu rolę, wziąć zapłatę i profesjonalnie się ulotnić. Może to i cyniczne, ale jakie wygodnie...


 


Co o tym myślicie?


odnowa :) 2010-02-09

Nagromadziło się rozmaitych spraw, gratów, zaległości, kilogramów, warstw kurzu, stert papierów, ciuchów, długów, niepotrzebnych rzeczy i myśli i znajomości.

Robię generalne porządki we wszystkim. Segreguję, wyrzucam, wyrzucam, wyrzucam.

Z hukiem wywalam to wszystko, co miało się jeszcze przydać.

Dotarła do mnie oczywista prawda, że aby znaleźć miejsce na NOWE, trzeba pozbyć się STAREGO. A gdy zajmujemy sie tylko gromadzeniem- wkrótce coś przestanie się mieścić. Najprawdopodobniej- my sami. Takie to banalne, a takie inspirujące.

Zabawne bez jak wielu rzeczy można się obejść i ile energii uruchamia pozbywanie się tego, co wydawało się nam potrzebne. Ustawianie wszystkiego o nowa. Weryfikowanie starych przyzwyczajeń. Szukanie nowych miejsc dla starych rzeczy i spraw.


karuzela ze słonikami 2010-01-28

Kiedy byłam dzieckiem, na wielkim placu koło mojego osiedla, raz do roku rozkładało się wesołe miasteczko. Zawsze pojawiało się znikąd i samym swoim widokiem wprawiało mnie w ekstazę.


Mama rozumiała doskonale, że jestem bliska szaleństwa, dlatego zabierała mnie tam prawie natychmiast. I pewnie dlatego zdarzało się, że po pierwszej, upojnej przejażdżce na słonikach,  pakowała mnie siłą w wózek i mówiła, że w domu czeka na mnie obiad, a ja byłam niejadkiem.


Żal, który zapamiętałam z tych momentów, miał w sobie zawsze całkowitą i pełną szczerej rozpaczy ostateczność. Bo dla dziecka nie istnieje coś takiego jak "jutro". To, na czym w danej chwili mu zależy, stanowi cały jego świat. Dlatego jeśli to utraci, czuje się tak, jakby ten świat właśnie miał się skończyć.

____________________________________________________________

Niedawno na imprezie wyobraziłam sobie, że jestem w jakimś związku i raptem poczułam TEN właśnie rodzaj żalu.
I to wcale nie dlatego, że byłam sama.
Wręcz przeciwnie.

Z ogromnym zaskoczeniem przewertowałam w głowie pokaźny stosik wspomnień i zauważyłam, że wszyscy mężczyźni u mojego boku mieli przedziwny zwyczaj psucia mi zabawy.

Przychodziłam z takim na imprezę w stanie tej cudownej, dziecinnej euforii i chciałam wszystkich wokół zagadać na śmierć i na śmierć zaściskać i zatańczyć, a potem głośno rechotać do łez i bólu brzucha i w finale ochłeptać się jak dziki orangutan. A chłop, którykolwiek by to nie był, walcząc heroicznie z chęcią palnięcia mi kazania, że zachowuję się cokolwiek niewłasciwie, jak na osobę, ktora piąty rok życia dawno ma już za sobą, nieodmiennie robił wszystko, by odciągnąć mnie na bok, odizolować od stada i zapędzić w jakiś ciemny, samotny kąt. On się w tym kącie chciał całować i macać, a ja się czułam, no cóż. Jak w kącie. Gdy chłopu się nie udawało, w końcu po pewnym czasie wywlekał mnie z tej imprezy fochem czy podstępem. I potem on chciał uprawiać seks, a ja- wyć z nieutulonego, desperackiego żalu.



Zawsze jednak czułam, że to niewłaściwe jakieś, więc grzecznie hamowałam te odruchy rozpaczy, jako wyraz kłopotliwych odchyłów i w imię miłości potulnie dreptałam do domu.


 


I w końcu zapominałam o tym, że gdzieś tam słoniki nadal się kręcą.
_______________________________________________________________


 


 


A teraz już nie muszę ;)


Wierzcie, bądź nie, ale i po dwudziestu latach sprawia mi to uciechę ;)))


Pan Romantyczny (komiczny, a autentyczny) 2010-01-27

Jakiś czas temu przyczepił się do mnie Pan Romantyczny. Chodził za mną, wzdychał, słodził, dzwonił, nazywał mnie "skarbem", a to wszystko po jednej rozmowie. Bardzo przy tym miły był, przyjazny i słodki, ale jakiś podejrzany mi się wydał. Generalnie wszystko było z nim spoko, ale coś głeboko we mnie wołało ku niemu "spierdalaj".

Jako, że lata całe spędziłam mówiąc rzeczone "spierdalaj" swoim różnym intuicjom, tym razem, z głupa, zrobiłam akurat inaczej.

Dnia pewnego zaproponował mi, że przyjedzie na weekend do mojego miasta N. i mnie zabierze na kolację. Powiedziałam, że akurat nie będzie mnie w mieście N.


Kilka dni później, już w mieście Z. spałam w pokoju z moją sąsiadką z miasta N. Opowiedziała mi, z wypiekami na twarzy, że była w weekend na Romantycznej Kolacji.

Tej nocy w naszym pokoju donośne odgłosy mlaskania, stękania i podskakiwania na łóżkowych sprężynach, kazały mi podejrzewać, że kolacja była udana i bogata w następstwa.


Następnego poranka obudziłam się i zobaczyłam na przeciwległym łóżku gołego jak święty turecki, czerwonego jak burak ćwikłowy i niewyobrażalnie zszokowanego... Pana Romantycznego :))


nadprogramowe wspomnienia 2010-01-18

Uprawiam dziś intensywne WYKOPKI, czyli samodzielne produkowanie sobie dołów, metodą odgrzebywania tego, co pochowano ze względu na stan zaawansowanego rozkładu pośmiertnego.
 
A zaczęło się od tego, że w ramach odciągania samej siebie od bardzo pilnej roboty (zjawisko normalne, naturalne i powszechne) siedziałam sobie na necie i dochodziłam do kolejnych granic absurdu w marnowaniu czasu.
W końcu w akcie ostatecznego znudzenia zajrzałam na naszą-klasę i oczom moim ukazała się rzecz  niezwykła.
Moi eks przyjaciele i ich zdjęcia z radosnych imprez i rozmaitych wypadów z moim eks mężczyzną. Te same miejsca, te same wygłupy, te same ryje, nawet ciągle te same ciuchy. Mało brakowało, a kątem oka samą siebie znalazłabym na tych fotografiach.
Ale nie ;) Jakiś rodzaj poprawności politycznej wykasował ślady mojego istnienia nawet z profili eks-przyjaciół. Dyskretnie pominięto fakt mojej obecności na pewnych niezapomnianych wakacjach, pewnych wyjątkowych imprezach i ważnych wydarzeniach, jakby zabrał się za to jakiś surowy cenzor. Wyprostowano przeszłość, zatarto ślady.

I w zasadzie, to nawet ja z tym, że mnie tak wycięto, poczułam się jakby lepiej. Tak jakby tego po prostu nie było. To, co zobaczyłam w jakimś absuradalny sposób pasowało do oficjalnego stanu mojej pamięci.

Bo przecież pamięć jest w dużej mierze na uslugach naszego dobrego samopoczucia. Wciąż od nowa tworzymy naszą biografię. Nie tylko dodajemy rodziały, ale i zamazujemy pewne kawałki, przekładamy akcenty i w efekcie interpretujemy przeszłość jako prostą, piękną, bardzo oczywistą drogę do teraźniejszości, pomijając zakręty naszej historii. Przypadki stają się zrządzeniami losu, dawne, głupie i nieprzemyślane decyzje pod ciężarem swoich konsekwencji zmieniają się w przeznaczenie.

Są w naszych bigrafiach sceny, które giną w montażu, wspomnienia o dziwnym smaku, o niespotykanych zapachach, zdarzenia oderwane od głównego nurtu pamięci, wykorzenione z naszej prywatnej historii samych siebie, żywe, niewygodne dowody naszej dawnej inności od naszych obecnych wyobrażeń.

Bo dlaczego te czasami piękne, czasami szalone, często dziwne, ale zwykle zupełnie niewinne "dodatkowe sceny" są tak sprytnie chowane?

Dlatego, że podważają wiarę w to, że nasze życie potoczyło się w jedyny możliwy sposób. A przecież czasami, gdy konsekwencje naszych wyborów zaczynają nas przytłaczać, albo gdy odkrywamy, że zapomnieliśmy w życiu o czymś istotnym, to bardzo, bardzo tej wiary potrzebujemy. Wszyscy...


e-blogi.pl zymzym.info
  e-blogi.pl  [załóż bloga!] rsssubskrybuj
[zamknij reklamy]